
Flaczki nauczył mnie gotować tata dość niedawno i wiążę się z
tym całkiem ciekawa historia. Razem z mężem i tatą mieliśmy odwiedzić moją
ciocie i wujka w Niemczech i postanowiliśmy zabrać z sobą coś naszego –
polskiego. Tata wpadł na pomysł, byśmy ugotowali flaczki. Stwierdziłam, że
czemu nie, w końcu flaków jeszcze nigdy wcześniej nie gotowałam i to może być
ciekawe doświadczenie. Przystąpiliśmy więc do dzieła. Tata kupił wszystkie
składniki, no i wieczorem zaczęliśmy gotowanie, a że flaków było dużo wzięliśmy
naprawdę wielki garnek. Z początku niezbyt przyjemnie pachniało, ale potem było
już tylko lepiej. Gdy flaczki były gotowe, było już dość późno, stanowczo zbyt
późno na robienie zdjęć, a rano już wyjeżdżaliśmy, więc postanowiłam, że zrobię
zdjęcia na miejscu. Rano spakowałam flaczki do słojów i włożyłam do lodówki
turystycznej, by nic im się nie stało w transporcie. I teraz to najlepsze :)
gdy dojechaliśmy na miejsce i wujek dowiedział się, że przywieźliśmy flaczki,
strasznie się ucieszył i gdzieś z nimi zniknął. Myśleliśmy, że pewnie poszedł
włożyć je do lodówki, w końcu było ciepło i mogłyby się zepsuć, a poza tym
obiad był już gotowy. Po chwili przyszedł wujek z uśmiechem od ucha do ucha i
mówi, że dziękuje za flaki i że mamy sobie nie myśleć, że będziemy je u niego
jedli, bo on sobie je schował do zamrażalki, by mieć więcej dla siebie. No i
wszystkim nam się chciało śmiać, mimo że trochę byliśmy rozczarowani. W końcu ja
nie miałam zrobionych zdjęć, a tata z mężem obeszli się smakiem. Stwierdziłam,
że nic straconego, bo flaki można ugotować zawsze, a śmieszna historia o
flakach widmo pozostanie w naszej rodzinie już na zawsze, co się z wujkiem
spotkamy to sam ją wspomina :)